Siedmiu kompozytorów, którzy zmienili moje myślenie o muzyce
Osobisty przewodnik po muzyce minimalistycznej. Siedmiu kompozytorów, których studiuję od lat.
Siedzę przy fortepianie i gram jeden akord. Pozwalam mu wybrzmieć. Słucham, jak zanika i co po nim zostaje. Ten moment — chwila, w której z jednego dźwięku rodzi się cały świat — to dokładnie to, co przed laty wciągnęło mnie w muzykę minimalistyczną. I co trzyma mnie do dziś.
Chcę ci przybliżyć siedmiu kompozytorów, którzy zasadniczo wpłynęli na to, jak myślę o muzyce. To nie są podręcznikowe biogramy. To osobisty wybór człowieka, który tę muzykę słucha, studiuje i próbuje z niej czerpać dla własnych kompozycji. Nie musisz być muzykiem, żeby zrozumieć, o co w niej chodzi. Wystarczy puścić jedno wideo i dać się wciągnąć.
Terry Riley — muzyka, która żyje własnym życiem
W roku 1964 Terry Riley napisał utwór In C. Nuty mieszczą się na jednej stronie. Pięćdziesiąt trzy krótkie frazy muzyczne. Muzycy grają je kolejno, każdy w swoim tempie. Nikt im nie mówi, kiedy przejść do następnej. Jedyna zasada jest taka, że nie powinni być dalej niż dwie-trzy frazy od pozostałych.
Co z tego powstaje? Za każdym razem coś innego. Żywy organizm, który rozwija się sam. Dynamika i plastyczność zależą od muzyków, a to tworzy niepowtarzalne doświadczenie.
Riley pokazał, że muzyka nie musi być precyzyjnie zapisana od pierwszej do ostatniej nuty. Może być jak rzeka — ma kierunek, ale jej bieg jest za każdym razem trochę inny.
Steve Reich — kiedy proces rusza, biegnie sam
Steve Reich w 1968 roku napisał krótki tekst, który zmienił muzykę współczesną. Mówi w nim jedną zasadniczą rzecz — muzyka może być procesem, który raz się uruchamia i potem działa sam z siebie. Jak klepsydra. Odwracasz ją i patrzysz na piasek.
Fascynuje mnie w tym paradoks. Kompozytor ma pełną kontrolę — projektuje system, zasady, materiał. A potem się oddaje. Nie ingeruje w rezultat. Przyjmuje wszystko, co z procesu wyniknie.
Reich porównał to do stania stopami w piasku na plaży, kiedy fale je stopniowo zalewają. Odczuwasz to powoli. Nie możesz tego zatrzymać. I dokładnie tak brzmi jego muzyka — zmiany są tak powolne, że rejestrujesz je dopiero wtedy, gdy chwilę przy nich wytrwasz.
Najpiękniejsza rzecz w muzyce procesualnej to moment, kiedy dźwięk zaczyna żyć własnym życiem. Wewnątrz powtarzających się wzorców zaczynasz słyszeć melodie, których nikt nie napisał. Powstają same. To nie jest błąd. To jest cel.
Philip Glass — kiedy jedna nuta zmienia wszystko
Philip Glass w latach sześćdziesiątych spotkał w Paryżu Raviego Shankara, legendarnego indyjskiego sitarzystę. To było spotkanie, które zmieniło historię muzyki zachodniej. Glass zrozumiał, że w muzyce indyjskiej rytm nie dzieli się z góry na dół, lecz buduje od dołu do góry. Zamiast dzielić takt na mniejsze części, krótkie frazy składa się w większe całości.
Tak powstał proces addytywny — rdzeń stylu Glassa. Prosta fraza się powtarza. Potem dochodzi jedna nuta. Fraza zyskuje zupełnie inny kształt rytmiczny, choć melodia pozostaje ta sama. Kolejna nuta. Kolejna przemiana. Jakbyś patrzył, jak z jednego nasionka wyrasta drzewo.
Glass napisał dziewięć kwartetów smyczkowych. Studiuję je szczegółowo, bo kwartety są dla mnie teraz najważniejszym formatem. Jest w nich coś bezbronnego i surowego. Każdy muzyk jest całkowicie obnażony — żadnej orkiestry, za którą mógłby się schować. I właśnie w tej surowości tkwi siła.
Arvo Pärt — dwa głosy, jeden szuka, drugi przebacza
Estoński kompozytor Arvo Pärt na początku lat siedemdziesiątych przeszedł głęboki kryzys twórczy. Latami nie napisał ani jednej nuty. A potem przyszedł z czymś, co zmieniło wszystko — techniką tintinnabuli. Nazwa pochodzi od łacińskiego słowa oznaczającego dzwoneczek.
Zasada jest prosta i piękna. Dwa głosy brzmią jednocześnie. Jeden porusza się po skali krok za krokiem — szuka, błądzi, jest ludzki. Drugi używa tylko dźwięków jednego akordu — stoi, jest spokojny, wieczny. Pärt sam mówi: głos melodyczny jest jak grzesznik. Głos tintinnabuli jak przebaczenie.
Matematyczne podejście minimalizmu Arvo Pärta jest dla mnie czymś boskim. Jest w tym precyzja, a jednocześnie głęboka duchowość. Czas się zatrzymuje. Niczego nie oczekujesz. Po prostu jesteś w tej muzyce.
Posłuchaj Spiegel im Spiegel — lustro w lustrze. Fortepian gra rozłożony akord, skrzypce wznoszą się i opadają po skali. To wszystko. A mimo to jest to jedna z najpiękniejszych kompozycji, jakie znam.
Michael Nyman — rozbieram to i składam na nowo
Nyman jest ze wszystkich minimalistów chyba najswobodniejszy. Jego podejście da się opisać jednym słowem — brikolaż. Bierze istniejącą muzykę, rozkłada ją na części i składa na nowo po swojemu. Może to być fragment Vivaldiego, kawałek barokowej melodii albo urywek pieśni ludowej.
Znasz go prawdopodobnie z filmu Fortepian. Ten główny motyw — The Heart Asks Pleasure First — to doskonały przykład jego stylu. Pulsujący, energiczny, z jakąś natarczywością, która nie pozwala ci usiedzieć w miejscu. Łączy muzykę klasyczną, energię rocka i minimalizm.
Dla mnie Nyman jest dowodem, że minimalistyczny kompozytor nie musi wychodzić wyłącznie od własnego materiału. Może wziąć cokolwiek — fragment ragi, temat Vivaldiego, motyw balijski — i przebudować to według własnych reguł.
Max Richter — piękno, które budzi zdrową zazdrość
Max Richter wziął Cztery pory roku Vivaldiego i skomponował je na nowo. Zachował około dwudziestu pięciu procent oryginalnego materiału, a resztę napisał od zera. Efekt jest oszałamiający — słyszysz Vivaldiego, ale jednocześnie coś zupełnie współczesnego.
Uwielbiam muzykę Richtera. Szczerze — to raczej zazdrość w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ma piękną muzykę i jedyne, co mi w tym przeszkadza, to to, że budzi we mnie wątpliwości co do siebie samego. Ale te wątpliwości są zdrowe. Popychają mnie do przodu.
Po przesłuchaniu Richtera zadałem sobie kiedyś pytanie, czy melodia jest w ogóle konieczna. Czy to nie jest coś, co noszę z przeszłości i co jest zbyt silne, żebym potrafił z tym pracować kompozycyjnie. Richter pokazał mi, że odpowiedź jest gdzieś pośrodku — między melodią a fakturą, między klasyką a minimalizmem.
Yann Tiersen — melodia, która zostaje w głowie na zawsze
Tiersena większość ludzi kojarzy z filmu Amelia. Ta drobna, krucha melodia fortepianowa, którą pamięta każdy, kto widział ten film. Jest w niej prostota, która nie oznacza pustki. Każda nuta ma dokładnie swoje miejsce.
Tiersen nie jest minimalistą w akademickim sensie. Ale jego podejście do redukcji — użyć niewiele i powiedzieć dużo — współbrzmi z tym, co robią wszyscy kompozytorzy w tym artykule. I pokazuje, że ten sposób myślenia może być dostępny dla absolutnie każdego. Nie musisz rozumieć teorii muzyki. Wystarczy słuchać i czuć.
Dlaczego to piszę
Minimalizm studiuję od kilku lat. To nie jest kwestia kilku przesłuchań — to droga. Czytam opracowania, analizuję partytury, konsultuję to z mentorami. Próbuję i często mi nie wychodzi. Ale każdy mały krok do przodu potwierdza, że to kierunek, który ma dla mnie sens.
To dla mnie sposób, żeby oderwać się od wszystkiego, czego nauczyłem się wcześniej, i znaleźć własny głos. Nie chodzi o granie mało nut. Chodzi o znalezienie dokładnie tych właściwych i danie im przestrzeni.
Teraz pracuję nad kwartetami smyczkowymi. Pierwszy ukończyłem. Kolejne są w fazie szkiców i eksperymentów. Chciałbym kiedyś wydać album z kwartetem smyczkowym — i wszyscy siedmiu kompozytorów, o których tu pisałem, będzie w nim jakoś obecnych. Nie jako cytaty, ale jako sposób myślenia, który mi przekazali.
Jeśli któryś z kompozytorów cię zainteresował, puść sobie jego muzykę wieczorem, przy czytaniu albo przed snem. Ta muzyka najlepiej działa, kiedy dasz jej przestrzeń i spokój.